Z każdą chwilą białe słońce zachodziło coraz to niżej za horyzont.
Rosie leżała na hamaku, gdy zraszacze ogrodowe uruchomiły się.
-
Cholera! - zaklęła dziewczyna na tyle głośno, że dwie kobiety
uprawiające jogging na chodniku zwróciły na nią uwagę. - Moje nowe
spodnie.
Weszła do domu przez frontowe drzwi. Poszła do kuchni i wzięła butelkę zimnej wody prosto z lodówki.
Niebieskie oczy błądziły po szafie pełnej ubrań. Rosie zastanawiała się
w co się przebrać, gdy jakaś ręka złapała ją za ramię. Dziewczyna
momentalnie się odwróciła i posłała idealnie otwartą dłoń w twarz
swojego chłopaka.
- Kurwa mać, Blaise, to nie jest zabawne! - krzyknęła ze strachem w oczach Rosie. Bardzo cię boli?
-
Cześć kochanie. Chciałem Ci zrobić niespodziankę przychodząc wcześniej.
- chłopak usiadł na łóżku i zaczął rozcierać policzek. - Tak, boli,
bardzo boli. Zapomniałem już jak bardzo porywcza jesteś.
Rosie uśmiechnęła się, by po chwili przybrać minę co najmniej obrażonej.
- Przepraszam, ale wyobraź sobie, że nie codziennie mam przyjemność dostać zawału serca. W ogóle jak tu wszedłeś?
- Drzwi frontowe były otwarte. Przyniosłem szampana. Stoi na stole w kuchni.
- A co zamierzasz dzisiaj świętować? - zapytała powoli Rosie.
- Zaraz zobaczysz.
Chłopak wstał i jednym, pewnym ruchem przyciągnął do siebie dziewczynę.
Przybliżył głowę do jej szyi i zaczął składać delikatne pocałunki.
- Blaise, przestań. Muszę się ubrać - powiedziała podniecona dziewczyna.
Chłopak na chwilę oderwał głowę od skóry dziewczyny, by rzec: ubrania nie będą dzisiaj konieczne.
Przez uchylone okno wdzierały się promienie słońca. Jedynie z łóżka dobiegał dźwięk spokojnego oddechu, zagłuszanego co chwilę
przez świergot ptaków. Zabrzmiał budzik i w tej samej chwili spod
kołdry wynurzyła się ręka Rosie. Dosięgnęła telefonu i przesunęła palcem
po ekranie, by wyłączyć alarm. Odwróciła głowę w drugą stronę.
-
Dzień dobry, kochanie - nikt nie odpowiedział. Otworzyła oczy i
spojrzała na poduszkę, która była pusta. Podparła się na łokciach i
rozejrzała po pokoju. Nikogo w nim nie było. Nałożyła na siebie błękitną
koszulę Blaise'ego i zbiegła do kuchni.
Zastała w niej półnagiego chłopaka,
który stał przy otwartej lodówce, z której wyciągał jajka. Rosie
usiadła na stołku barowym przy blacie i wlepiła swój wzrok w umięśnione
plecy swojego chłopaka. Blaise zamknął drzwi od lodówki i podszedł do
kuchenki, na której stała rozgrzana patelnia.
-
Yhm. Jem jajecznicę z dwóch jajek, z dodatkiem szczypiorku. Żółtko ma
być nieprzysmażone, a białko lekko ścięte - powiedziała Rosie wysokim
głosem.
Chłopak nawet nie odwrócił głowy.
- Jak pani sobie życzy - odpowiedział łagodnie Blaise. Wbił jajka prosto na patelnię. - Tosty mają być przypieczone, czy lekko zarumienione?
- Lekko przypieczone i posmarowane dużą ilością masła.
- Tak jest!
Rosie wstała z krzesła, podeszła do kucharza i
objęła go w pasie. Zaczęła składać delikatne pocałunki na jego ramieniu.
Blaise w jednej chwili się obrócił, złapał ją za uda i podniósł.
Zaplotła mu nogi wokół tali. Ich wargi przyległy do siebie.
- Bardzo Cię kocham - wyszeptał, w wargi Rosie, Blaise.
- Zaraz się jajka przypalą, więc proszę wypuścić mnie w tej chwili - powiedziała dostojnie Rosie.
Chłopak
delikatnie odstawił Rosie na podłogę, a ta pomaszerowała z powrotem na
swoje miejsce. Wyłączył kuchenkę. Wyjął talerze z szafki i nałożył na
nie gorącą jajecznicę.
- Bon appetit madame Carter.
- Dziękuję, Monsieur Foster.
Rosie uśmiechnęła się, ale Blaise nadal był skupiony na swoich jajkach.
-
Może wybierzemy się później na miasto? Jakieś kino, restauracja? -
wzrok chłopaka skierował się na zdezorientowaną Rosie. - Co ty na to?
Rosie
była całkowicie zaskoczona tym na tyle, że widelec z jedzeniem
zatrzymał się w połowie drogi do buzi. Jeszcze nigdy się to nie
zdarzyło. Jeszcze nigdy Blaise nie zaprosił jej na randkę. Randkę? Nie wiedziała jak to w ogóle określić.
- Wybieram... kino - nastała chwila ciszy, którą przerwała Rosie. - A na jaki film mnie weźmiesz? Komedia? Horror? Dramat?
- Jeszcze nie wiem, a tymczasem jedz. Musisz być bardzo wyczerpana.
Rosie przypomniał się wczorajszy wieczór. Zarumieniły się jej policzki na widok tych scen.
-
Nie, nie jestem zmęczona. Jestem pełna energii. Mogłabym to powtórzyć
jeszcze raz, ale idę się zbierać, bo ponoć do kina wychodzimy - Rosie
posłała kąśliwą uwagę chłopakowi.
Blaise
nie wiedział co odpowiedzieć. Dziewczyna z lekkim uśmiechem na ustach
wstała i wyszła z kuchni , by pójść do łazienki i wziąć zimny prysznic.
- To ja posprzątam - krzyknął zrezygnowany Blaise.
sobota, 6 czerwca 2015
niedziela, 3 maja 2015
Rozdział 1
Żółty autobus właśnie zajeżdżał pod przystanek, gdy Rosie kończyła rozmawiać przez telefon ze swoim chłopakiem, Blaise.
- Och, muszę kończyć, właśnie podjechał mój autobus. Kocham cię, do zobaczenia w szkole. - Powiedziała szybko do słuchawki, po czym schowała komórkę do kieszeni.
Drzwi pojazdu otworzyły się, a dziewczyna zgrabnym podskokiem stanęła na schodku. "Dzień dobry" rzuciła do kierowcy i udała się na tył autobusu. Usiadła obok czarnowłosej, ściętej na krótko dziewczyny o brązowych oczach.
- Hej, muszę ci szybko coś powiedzieć. Ogólnie to moi starzy wyjeżdżają na weekend do dziadków i zostaję w domu sama i pomyślałam, że... Megan, co się stało?
- Zerwałam z Jamesem - odpowiedziała Megan spokojnym, ale i wysokim głosem podobnym do tego, który towarzyszy przy płaczu.
- Jak to zerwałaś z Jamesem? Kiedy?
- No tak po prostu. Dzisiaj w nocy - każde jej wypowiedziane słowo, było przesycone smutkiem. - Już nie mogłam wytrzymać tego wszystkiego. Co wieczór gdzieś znikał i wracał dopiero nad ranem. Nigdy nie wiedziałam co robi i co się z nim dzieje. Tak bardzo się o niego martwiłam, ale on nawet tego nie zauważał.
- Kochanie, będzie dobrze - próbowała pocieszyć ją Rosie.
Megan patrzyła się na nią przez załzawione oczy, by po chwili skierować twarz w stronę okna.
Nad budynkami Detroit zaczęły zbierać się ciemne chmury. Pierwsze krople deszczu uderzył w szyby, znajdujące się na drugim piętrze szkoły, do której uczęszczała Rosie. Przewracając długopisem między palcami i słuchając nudnego wykładu pana Smitha na temat wojny trojańskiej, spojrzała na Megan, która położyła się na ławce. W tej samej chwili w klasie nastała cisza, a po kilku sekundach rozległ się głos nauczyciela.
- Panno Hughes, klasa to nie jest sypialnia, a ławka nie jest łóżkiem.
Megan spojrzała na niego spode łba.
- Przepraszam, źle się poczułam. Mogę wyjść do toalety? - zapytała cichym głosem.
- Za pięć minut będzie przerwa - pan Smith oparł się o ławkę w pierwszym rzędzie. - A teraz, proszę wstać i powiedzieć mi, co zapamiętałaś o wojnie trojańskiej z dzisiejszej lekcji.
Megan podniosła się z krzesła, popatrzyła się na pana Smitha, by po chwili wlepić wzrok w podłogę,
- Przepraszam, ale nie uważałam na lekcji.
- Dzisiaj dostajesz jedynkę, masz się poprawić na następnej lekcji - powiedział spokojnie i usiadł na swoim miejscu przy biurku. W tym samym momencie zadzwonił dzwonek na przerwę. W jednej chwili trzydzieści dwie osoby podniosły się z krzeseł, aby udać się do wyjścia. Rosie jako pierwsza opuściła klasę. Za drzwiami stał Blaise; niebieskooki, blondyn z uśmiechem boga.
- Hej, mała - przytulił ją mocno i pocałował w usta. - Ale zejdź na bok, bo blokujesz przejście.
Faktycznie za nimi zebrał się mini tłum usiłujący wyjść z klasy. Rosie odsunęła się odrobinę obok i zauważyła wychodzącą Megan.
- Megan, chodź na chwilę. Muszę wam coś powiedzieć - cała trójka stała praktycznie w kącie korytarza. - Przez cały weekend mam wolną chatę.Co wy na to, żeby zrobić małą posiadówę?
- To fantastyczny pomysł, tylko że mnie na niej nie będzie. Mam inne plany - zakrzyknęła od razu Megan. - Przepraszam.
- Rozumiem - odpowiedziała Rosie. - To może ty Blaise?
- Niech pomyślę. Jeżeli ładnie poprosisz, to może się zastanowię.
- Panie Blaise Foster, czy zgodzi się pan mnie odwiedzić w dzisiejszy piątek? - zatrzepotała rzęsami i szeroko się uśmiechnęła. - Ależ oczywiście panno Rosie Carter. O której mam się stawić pod drzwi?
- Punktualnie o godzinie dwudziestej.
Oboje się roześmieli. Całą sytuację obserwowała Megan.
- To ja już wam nie przeszkadzam - zbliżyła usta do policzka Rosie, by ją pocałować, lecz zamiast tego wyszeptała kąśliwą uwagę. - Nie zapomnijcie o gumkach. Nie mam zamiaru, być ciocią Megan.
Uśmiechnięta Rosie kręciła głową.
- Pa - wykrzyczała Megan i zbiegła schodami na dół do wyjścia.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Prolog
- Powinniśmy sprawdzić czy wszystko jest w porządku, Blaise - coraz bardziej nalegała Rosie. - To już trwa za długo.
- Nie gorączkuj się tak - chłopak zbliżył się do dziewczyny, chwycił jej twarz w dłonie i złożył krótki pocałunek na jej ustach. - Wszystko będzie dobrze, tak?
- To jest moja pierwsza akcja. Bardzo się boję, a co jeśli mu się nie uda?
- Rosie, posłuchaj. Planowaliśmy to już od miesięcy, nie ma prawa się coś popsuć. To jest nierealne. - Odpowiedział ze spokojem i pocałował ją raz jeszcze.
Przez moment dało się słyszeć wręcz ogłuszającą ciszę, by po sekundzie rozległ się strzał. Oczy dziewczyny szeroko się otworzyły, bo ukazał się jej obraz opadającego na kolana mężczyzny.
- Kolejna misja zakończona sukcesem - zza metalowych drzwi wyszedł młody chłopak, który przystanął na chwilę przy ciele martwego ochroniarza. - Pieprzony palant.
***
Po drewnianych schodach zbiegła, ubrana w czarną koszulę i ciemne dżinsy, dziewczyna. Ciemne blond włosy, sięgające łopatek, były rozpuszczone.
- Rosie, możesz na chwilę przyjść do kuchni? Razem z ojcem musimy ci coś powiedzieć - rozległ się głos z sąsiedniego pomieszczenia.
Dziewczyna dwoma susami pokonała całą odległość dzielącą ją od kuchni.
- Jestem, mamo tylko się streszczaj, bo za dziesięć minut mam autobus - wyrzuciła z siebie Rosie.
- Chcieliśmy cię tylko poinformować o tym, że dziś razem z ojcem jedziemy do Chicago i nie będzie nas przez cały weekend.
- Ale ekstra - wykrzyczała wręcz dziewczyna.
- Tak dla sprostowania młoda damo: żadnych imprez, zakaz sprowadzania twoich znajomych do domu, zero alkoholu - uśmiechnął ojciec Rosie.
- Ale... ale będę mogła chociaż zaprosić Megan? - zapytała zszokowana.
- To ta dziewczyna, która pomogła znaleźć się koledze w szpitalu ze złamanym trzema żebrami?
- Tak.
- Nie ma takiej opcji - wycedził pojedynczo każdy wyraz. - A teraz leć na autobus, bo się spóźnisz, słońce.
- Ale... ale tato!
- Ale... ale będę mogła chociaż zaprosić Megan? - zapytała zszokowana.
- To ta dziewczyna, która pomogła znaleźć się koledze w szpitalu ze złamanym trzema żebrami?
- Tak.
- Nie ma takiej opcji - wycedził pojedynczo każdy wyraz. - A teraz leć na autobus, bo się spóźnisz, słońce.
- Ale... ale tato!
- Żadnych ale, masz przestrzegać tych zasad, albo szlaban na komórkę i internet.
Zła i pełna żalu Rosie wyszła z kuchni, by nałożyć czarne buty i wyjść z domu.
- Wiesz co kochanie, ty to jesteś jednak niezastąpiony, dziękuję, że nie musiałam tego mówić - powiedziała z uśmiechem Rebecca, matka zbulwersowanej dziewczyny.
- Nie ma za co - odpowiedział Bob, przychylając kubek z kawą do warg.
- Nie ma za co - odpowiedział Bob, przychylając kubek z kawą do warg.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)